Obrazy Jarosława Eysmonta to przestrzenie koloru kładzionego pewną reką. Eysmonta intuicja malarska zawsze podsuwa mu trafne rozstrzygnięcia. Obraz rodzi się od razu, pojawia sie nagle jak wnętrze oświetlone błyskiem fotograficznego flesza. Ale nie sa to jednoznaczne kompozycje. Ich formalna błyskotliwość kryje w sobie pewne cienie. Te obrazy są „radosne” jakby na przekór ludzkiemu doświadczeniu malarza. Uwidaczniają to przedmioty I ich układy, które stały się punktem wyjścia do tych wirtuozowskich malarskich wariacji. Fragmenty wnętrza pracowni, jakieś przedmioty porzucone pod ścianą, zaniedbane podwórka, fragmenty starych zniszczonych elewacji, po prostu to co niesie ze sobą codzienność. W obrazach Eysmonta widać miejski świat wnętrz i tego co poza murami. Świat oglądany jakby od tyłu, może przez okno albo zobaczony w perspektywie lustrzanego odbicia na zakurzonej szybie .

Czasem są to też ludzkie postacie przedstawione w syntetycznej, nieco karykaturalnej formie. Dotyczy to zwłaszcza obrazów z lat wcześniejszych. Ludzie z tych obrazów noszą w sobie piętno zmarginalizowanej egzystencji. Nie są to jednak malarskie „protest songi”, nie ma w nich społecznego krytycyzmu. Artysta maluje ludzką bezradność i bierność z przenikliwością ale swych bohaterów nasyca ciepłem. Jest w nich humanistyczna afirmacja tego co życie ze sobą niesie. Wszystko to poddane malarskim grom gestu i koloru. Te obrazy są jakby podwójne, dwuwarstwowe. Malarski witalizm skrywa smutek, radość miesza się w nich z utajonym zgorzknieniem. Artysta kolorem chce jakby przekreślić, zamalować zgrzebność codziennej ludzkiej egzystencji.

Dzięki tym tropom możemy obserwować u jakich malarzy pobierał lekcje. Wśród malarzy z pokolenia wcześniejszego wymienić należy Antoniego Fałata i Jacka Rykałę. Wiele też malarz zawdzięcza kolorystom francuskim i ekspresjonistom niemieckim. Z ducha i artystycznego temperamentu obrazy Eysmonta są jednak na wskroś przesycone francuskim smakiem Matisse’a i Deraina. Widać w nich także najlepszą tradycję polskiego koloryzmu, zwłaszcza z Potworowskiego.

Dokonując tej wyliczanki kierowałem się poglądem, który można streścić następująco: nie ma dobrego malarstwa bez tradycji. Malowanie obrazów jakby wbrew jego historii, inspirowanie się wyłącznie współczesnym z mediatyzowanym obrazowaniem prowadzi do wyjałowienia malarstwa z jego tajemnicy. Malarz tak postępujący odziera się sam z tego co w sztuce najistotniejsze, odziera się z siebie czyli z człowieka, a to co tworzy jest już tylko powierzchnią zmalowaną farbami. Aby móc mówić o obrazie trzeba czegoś więcej niż aparat fotograficzny i komputer z Photoshopem na pokładzie